Wypał

Piec w trakcie wypału

Piec w trakcie wypału

2 i 3 czerwca czerwca miałam okazję już po raz drugi pomagać przy wypale pieca u mieszkającego w Nikko (prefektura Tochigi w Japonii) ceramika, pana Makoto Hashimoto. Jego piec jest konstrukcją własnego pomysłu artysty, który korzysta z niego już od kilkunastu lat. Dotychczas odbyły się w nim 33 wypały. Jest to rodzaj anagamy, pieca opalanego drewnem, ale jak na anagamę dość nietypowy: oprócz dwóch bocznych otworów paleniska, umieszczonych w przedniej części pieca, drewno wrzuca się także do komory wypalania, wprost na wypalane prace, ośmioma niewielkimi otworami, rozmieszczonymi po cztery po obu stronach konstrukcji. Do dwóch pozostałych otworów paleniska, znajdujących się z przodu pieca, drewno ładuje się tylko na samym początku wypału. Otwory są niewielkie, wielkości mniej więcej jednej cegły, drewno musi więc być dość rozdrobnione, nie ma mowy o sporych polanach. Taki rodzaj konstrukcji, przy wypale trwającym pięć dni bez przerwy, pozwala osiągnąć efekt, który jest nie do uzyskania w piecach elektrycznych i gazowych, a nawet opalanych drewnem, ale wypalanych krócej: naturalne szkliwo popielne.

W zeszłym roku we wrześniu pomagałam panu Hashimoto po raz pierwszy, przez ostatni dzień i noc wypału. Tym razem spędziłam przy jego piecu dwa dni (dłużej nie mogłam, bo jednocześnie w mojej pracowni odbywał się kiermasz ceramiczny, podczas którego częstowałam gości herbatą – o tym opowiem następnym razem). W ramach podziękowania za pomoc, mistrz pozwolił mi włożyć do pieca sześć moich prac, w tym wielkie jedno morze herbaty, właściwie „ocean herbaty”. Po raz pierwszy miałam okazję wypalać swoje prace w ten sposób, byłam więc bardzo ciekawa efektów.

Na te trzeba jednak czekać długo, bo – jak wspomniałam wcześniej – wypał trwa aż pięć dni, a potem musi minąć jeszcze prawie drugie tyle, aż piec wystygnie i będzie gotowy do otwarcia i rozładowania.

Jak łatwo się domyślić, artysta sam, nawet z żoną, która zawsze bierze udział w wypałach, nie byłby w stanie obsłużyć pieca. Dlatego pomagają mu wolontariusze – sąsiedzi, znajomi, zaprzyjaźnieni ceramicy. Ci ostatni, jak tym razem ja, mają przy tym okazję nie tylko wiele się nauczyć, ale często także wypalić kilka swoich prac. Wolontariusze rzadko pracują przy piecu przez cały czas trwania wypału, przeważnie pomagają przez dzień, dwa, pół dnia, w miarę swoich możliwości.

Piec w nocy

Piec w nocy

Kiedy przyjechałam na miejsce, wypał trwał już od 24 godzin, ale dopiero kilka godzin później piec osiągnął maksymalną temperaturę 1230°C. Praca przy tym piecu to spore wyzwanie: w zależności od etapu wypału, tego, czy temperatura rośnie bądź spada w odpowiednim tempie, należy odpowiednio ładować drewno, obserwując wskazania pirometru oraz płomień wydobywający się z komina. Jak już wspomniałam, otwory służące do ładowania pieca są liczne, ale małe, więc zamiast sporych polan do pieca wkłada się dość małe szczapki, za to sporo i często. Pan Hashimoto, po wieloletnich doświadczeniach, opracował optymalny jego zdaniem sposób ładowania drewna, do którego muszą się stosować osoby pracujące przy piecu. W odpowiedniej kolejności wkłada się odpowiednią ilość odpowiedniego drewna (jest go jakieś 4 rodzaje) do wszystkich otworów, zaczynając z reguły od otworu nr 5 w tylnej części pieca, a kończąc na nr 1 w jego przedniej części. Potem następuje chwila przerwy, podczas której obserwuje się wskazania pirometru i płomień wydobywający się z komina. Kiedy zaczyna przygasać, można powtórzyć całą operację z drugiej strony pieca.

Piec i drewno przygotowane do wypału

Piec i drewno przygotowane do wypału

Od pieca bucha straszny żar, więc wypada się cieszyć, że otwory w nim są takie małe i zamykane przesuwanymi na szynach cegłami, otwieranymi się tylko na chwilę, kiedy wrzuca się drewno. Piec poza tym pięknie pachnie, bo większość drewna używanego do wypału to wonne hinoki – cyprysik japoński (Chamaecyparis obtusa) z niewielkim dodatkiem sosny. Piec żre go straszne ilości – z piętrzących się na początku wypału ogromnych stosów drewna (przygotowanie go to podobno najbardziej pracochłonna część pracy ceramika) pięć dni później nie zostaje prawie nic. Do atmosfery ulatują pewnie jakieś straszliwe ilości dwutlenku węgla i jedyna pociecha, że taki wypał odbywa się tutaj tylko dwa, góra trzy razy w roku. Dobrze wysuszone drewno zapala się natychmiast, więc z jego wrzucaniem trzeba się spieszyć. Kiedy na przykład okazuje się, że szczapa drewna nie mieści się w odpowiedni otwór, trzeba szybko sobie z nią poradzić (wepchnąć na siłę albo przełożyć do innego otworu), bo wystarczy, że jej koniec na chwilę zetknie się z żarem pieca, a cała momentalnie staje w ogniu. Po dwóch godzinach, bo tyle trwa zmiana przy piecu, spływam potem, twarz mam przypieczoną na czerwono, a do tego cała jestem pokryta trocinami. Ale widzę, że nabrałam już trochę wprawy, bo kiedy w zeszłym roku pracowałam przy piecu po raz pierwszy, pan Hashimoto ulitował się i zwolnił mnie z dyżuru po godzinie – nie dawałam rady. A to łatwiejszy etap pracy przy piecu: wypał w atmosferze utleniającej, po japońsku sanka (酸化), który jest w stanie obsłużyć jedna osoba z jakim takim doświadczeniem – taki „młodszy piecowy”. Trudniej robi się, kiedy temperatura dochodzi do 1230°C – wtedy zaczyna się wypał w atmosferze redukcyjnej – kangen (還元). Przymykane są otwory w piecu, a do środka zamiast niewielkich szczapek ładuje się całe pęczki drobnych, giętkich listewek. Trzeba to robić bardzo szybko, nie ma czasu na przerwę na obserwowanie komina, bo kiedy kończymy ładować drewno w otwory z jednej strony pieca, natychmiast trzeba zaczynać ładowanie z drugiej. Tu już jedna osoba miałaby kłopot z obsługą całości, więc najczęściej robią to przynajmniej dwaj „palacze”, każdy pracując z innej strony. Często włączają się też inni, bo trzeba nieustannie dostarczać drewno, na co dwójka „palaczy” nie ma czasu. Przymknięte otwory w piecu i więcej drewna, to mniej tlenu (redukcja!) – płomień buchający z komina jest duży, ale temperatura zaczyna spadać. Tym razem mamy jednak kłopot, bo drobne listewki, doskonale wysuszone, spalają się za szybko i temperatura spaść nie chce. Wobec tego mistrz zarządza, żeby drewno moczyć przed wkładaniem do pieca. Dwie osoby zabierają się więc za polewanie go szlauchem w zaimprowizowanym z brezentowej płachty baseniku, podczas gdy kolejne dwie uwijają się przy piecu. Wreszcie po jakiejś godzinie takiej krzątaniny temperatura spada do 1950°C i można odetchnąć – otwieramy otwory w piecu, znowu zaczyna się wypał utleniający, który teraz wydaje się całkiem relaksującym etapem. I tak na przemian, sankakangen, bez przerwy, aż do południa piątego dnia od rozpalenia pieca. Kiedy przy piecu pracuje mniej osób, na przykład w nocy, można przedłużyć etap wypału utleniającego, dorzucając więcej drewna – wtedy temperatura nie rośnie tak szybko. Nieustannie jednak ktoś musi przy nim czuwać. Przez cały czas trwania wypału mistrz (lat 72) mało co śpi, przeważnie ucina sobie drzemkę w fotelu przy piecu, albo, kiedy akurat trwa wypał utleniający, powierza piec w czyjeś dobre ręce i idzie do domu przespać się 2-3 godziny. Przy redukcji jest obecny zawsze, a kiedy akurat nie ładuje ani nie przygotowuje drewna, obserwuje pirometr i płomień z komina (do tego celu służy lustro, ustawione tak, żeby można w nim było widzieć szczyt komina, jednocześnie mając na oku pirometr) i w razie potrzeby instruuje „piecowych”.

"Młodsza piecowa" w akcji

„Młodsza piecowa” w akcji

Tym razem spędziłam przy wypale dwa dni. Pierwszego miałam dwa samodzielne dyżury w roli „piecowego”, razem cztery godziny, nie licząc pracy przy powtarzanej kilkakrotnie redukcji, podczas której obowiązywało hasło „wszystkie ręce do pieca”, i przygotowaniu drewna. Drugiego dnia – trzy dwugodzinne dyżury, plus cała reszta. Ostatnią zmianę skończyłam o 11-tej wieczorem w piątek 3 czerwca i kompletnie wyczerpana wróciłam do domu. Wypał trwał jeszcze do niedzieli w południe. A wczoraj wybrałam się ponownie do pana Hashimoto, żeby po rozładowaniu pieca obejrzeć efekty wypału, które okazały się zaskakujące i zachwycające.

Wnętrze pieca po rozładowaniu

Wnętrze pieca po rozładowaniu

Jak napisałam na wstępie, piec tego rodzaju, wypalany w ten sposób, pozwala na uzyskanie naturalnego szkliwa, które tworzy się na powierzchni wypalanych przedmiotów z osiadającego popiołu, w wysokiej temperaturze wchodzącego w reakcje chemiczne z gliną. W zależności od składu gliny, temperatury, dostępu tlenu szkliwo takie może przybierać różne kolory i faktury, przy czym z reguły nie jest jednolite na całym przedmiocie – strona wystawiona na bezpośrednie działanie płomienia wygląda zwykle inaczej niż ta, która była „w cieniu”. Procesu tego nie da się całkowicie przewidzieć i kontrolować, chociaż doświadczony ceramik, znający dany piec, na ogół potrafi tak go załadować, żeby uzyskać jak najlepsze efekty takiego „malowania ogniem”. Otwarcie pieca zawsze zawiera w sobie jednak element niespodzianki – może być zachwyt, ale może być i rozpacz.

Prace mistrza, prosto z pieca

Prace mistrza, prosto z pieca

Pan Hashimoto zna się na rzeczy, a i szczęście nam sprzyjało, więc rozpaczy nie było, ale – nie ma rady – straty były, bo zwykle jakieś są. Na sześć moich prac, które trafiły do pieca, jedna pękła. Pan Hashimoto twierdzi, że moje prace są zbyt „subtelne” na taki wypał – żeby go wytrzymać, powinny mieć dość grube ścianki i raczej prosty kształt, bez drobnych, delikatnych elementów. Wezmę to pod uwagę następnym razem. Kolejne dwie prace mają co prawda drobne uszkodzenia, ale rezultat i tak przeszedł moje oczekiwania.

Dwa mniejsze naczynia z czerwonej gliny, zawierającej sporo żelaza, pokryły się szkliwem w odcieniach czerni i brązu, tu i ówdzie lekko zielonkawym, miejscami błyszczącym, a gdzie indziej matowym. Niespodzianką były trzy pozostałe prace, z tej samej, jasnej gliny, z których każda wyszła w innym kolorze. Duży talerz przybrał rudy kolor z jasnozielonymi plamkami, typowy dla ceramiki Shigaraki. Niesamowicie wygląda wazon w odcieniach szarości, jak antyczna waza wydobyta z dna morza, gdzie przeleżała stulecia, pokryta koralowcami. „Miss wypału” zostało morze… przepraszam: ocean herbaty, na którym powstało szkliwo popielne w prawie wszystkich możliwych do uzyskania kolorach, łagodnie przechodzących jeden w drugi: szarawy błękit, rozbielona zieleń i brąz, a w środku intensywna rudość, charakterystyczna dla Shigaraki, z zielonym szkłem na samym dnie.

Naczynia z czerwonej gliny

Naczynia z czerwonej gliny

Talerz à la Shigaraki

Talerz à la Shigaraki

"Antyczna" waza, niestety z utrąconym uszkiem

„Antyczna” waza, niestety z utrąconym uszkiem

"Ocean herbaty"

„Ocean herbaty”

... i jego wnętrze

… i jego wnętrze

Wszystkie prace wypalone w piecu pana Hashimoto są surowe, szorstkie, wyglądają na bardzo stare. Są doskonałym ucieleśnieniem wabi-sabi – wywodzącej się z buddyzmu zen (po chińsku chan 禪) japońskiej koncepcji estetycznej, według której piękne jest to, co niedoskonałe, ułomne, skromne, proste, surowe, szorstkie, nieregularne, asymetryczne. Estetyka wabi-sabi jest mocno związana z japońską drogą herbaty – nota bene pan Hashimoto jest autorem wielu czarek do herbaty matcha. W estetyce chińskiej pojęcie to jako takie nie występuje, ale dążenie do prostoty i naturalności jest obecne w filozofii chińskiej sztuki herbaty. Zobaczymy więc, jak spisze się nowy „ocean herbaty”, a może pod koniec roku dołączą do niego czarki w podobnym stylu.

I jeszcze kilka prac mistrza z tego wypału

I jeszcze wybrane prace mistrza z tego wypału

3 komentarze »

  1. Karin |

    Aniu Gratulacje!! I dawno nie czytałam tak wciągającej relacji… czułam że na końcu są zdjęcia prac, ale cieszyłam się z Tobą każdym wydarzeniem zostawiając sobie smak efektu na koniec…: Przepiękne!! Aniu brak słów:) takie wrażenie.. Ufam z Tobą że efekt nie jest końcowy, i będziesz miała jeszcze wiele tak cudownych i zjawiskowo zwyczajnie niezwykłych wypałów:)

  2. Grzegorz Ośródka |

    Taki wypał to święto. Serdecznie pozdrawiam.

  3. Kuba |

    Piękne miejsce i piękne owoce ogromnej pracy ; Podziwiam z Polski i dziękuję za podzielenie się tymi niesamowitymi chwilami 🙂

Skomentuj:

(nie będzie publikowany)