Pożegnanie Pana Lina

Pan Lin w swoim sklepie, sierpień 2011, fot. AW

Pan Lin w swoim sklepie, sierpień 2011, fot. AW

Minęły już prawie cztery miesiące odkąd dotarła do mnie wiadomość, że odszedł Pan Shih-tzer Lin, najważniejszy z moich herbacianych mentorów. Jeszcze nie całkiem oswoiłam się z myślą, że już Go nie spotkam. I dopiero teraz jestem w stanie pożegnać się z nim tu, na Morzu Herbaty, którego chińskiej nazwy był pomysłodawcą. I chociaż to spóźnione pożegnanie, to nie mogło go zabraknąć, bo Pan Lin był jedną z najbardziej znaczących postaci, które spotkałam na mojej herbacianej drodze.

Pana Lina, czy Lin Laoshi 林老師 – Nauczyciela Lina, bo tak go zawsze nazywałam, poznałam w 2000 roku, wkrótce po przyjeździe na studia na Tajwan. Kiedy rozglądałam się za możliwościami nauki chińskiej sztuki herbaty, pewien znajomy zaprowadził mnie do swojego ulubionego sklepu herbacianego. W ten sposób po raz pierwszy trafiłam do sklepu Yilin, czyli „Las Sztuk” (znak Lin – las ten sam co w nazwisku właściciela) przy ulicy Roosevelta w Tajpej. Tak nawiązana znajomość z Panem Linem przetrwała 18 lat, utrzymując się nawet kiedy opuściłam Tajwan, a nasze kontakty stały się bardziej intensywne zwłaszcza od czasu powstania Morza Herbaty. Zresztą, jak już wspomniałam, to właśnie Pan Lin zaproponował chińską nazwę Morza: Qing Xin Cha 清心茶 – „Herbata Czystego Serca” i motto w nagłówku strony: he cha qing xin ye 喝茶清心也 – „picie herbaty oczyszcza serce”. Do jego sklepu wracałam wielokrotnie, kiedy tylko – choćby na krótko – odwiedzałam Tajwan. Jego wnętrze z biegiem lat się zmieniało, ale zawsze w głębi stał obszerny, niski stół z jednego pnia drzewa, a za nim zasiadał Pan Lin, czasami w towarzystwie żony, która wspólnie z nim prowadziła sklep, w oczekiwaniu na gości. Jak to zwykle bywa sklepach herbacianych na południu Chin, wizyty klientów trwały długo, a ich obowiązkowym elementem był poczęstunek herbatą.

Od samego początku mojej przygody z chińską sztuką herbaty starałam się w miarę możliwości docierać do wielu źródeł wiedzy o herbacie, nawiązywać kontakty z różnorodnymi herbacianymi środowiskami. Dlatego, oprócz nauki w Centrum Sztuki Herbaty im. Lu Yu, bardzo ceniłam sobie znajomości z herbaciarzami, których miałam szczęście spotkać, a Pan Lin okazał się najważniejszym z nich. Wiedza, którą hojnie się ze mną dzielił, nie była może tak usystematyzowana jak ta, którą wyniosłam z kursów w Centrum Lu Yu, ale pogłębiona i wypływająca z wieloletniego doświadczenia. Pan Lin przyznawał, że nie jest omnibusem we wszystkich herbacianych tematach, ale niewątpliwie był znakomitym specjalistą w dziedzinie herbat zielonych i turkusowych. Przywiązywał też dużą wagę do sztuki parzenia, starając się, aby jak najlepiej służyło zdrowiu. Swoją wiedzą dzielił się szczodrze – pewnego razu, kiedy na krótko odwiedziłam Tajwan, na moją prośbę prowadził dla mnie indywidualny mini-kurs. Podczas tygodniowego pobytu w Tajpej dzień w dzień spędzałam w jego sklepie po kilka godzin, a on cierpliwie odpowiadał na moje pytania i, żeby nie być gołosłownym, częstował herbatami, o których rozmawialiśmy. Nie wziął ode mnie za to ani grosza. Przekazywał mi swoją wiedzę, podejście do herbaty, ale także swoje małe herbaciane dziwactwa, na przykład nieufność do Pu’erów (niech pu’erowcy nam wybaczą!).

Muszę tu wspomnieć o herbatach Pana Lina – były niezrównane. Pan Lin sam nie był plantatorem, ale miał zaufanych rolników, stałych dostawców, którzy przetwarzali herbatę według jego życzenia. Na pierwsze miejsce wysuwa się tu jego „firmowa” herbata Gan Lü Chun 甘綠春 – „Słodka Zielona Wiosna”, wytwarzana z liści endemicznego szczepu krzewu uprawianego tylko w rejonie Sanxia, a przetwarzana metodą produkcji Biluochun. To do tej pory moja ulubiona zielona herbata. Wspaniała była również inna „firmówka” Pana Lina, Yilin Baicha 藝林白茶 – Biała Herbata Las Sztuk. To właśnie u Pana Lina po raz pierwszy skosztowałam czerwonego Alishana i – pożyczając określenie pewnej znajomej wielbicielki tej herbaty – zakochałam się od pierwszego parzenia. Doskonałe były u Pana Lina wszelkie wulongi tajwańskie – Hongshui Wulong 紅水烏龍, miodowy Mixiang Wulong 蜜香烏龍, różne odmiany wulongów z Alishan i wiele, wiele innych. Pewnego razu z wyprawy w okolice Dongding przywiozłam paczkę Hongshui Wulonga – zasmakował mi, więc go kupiłam i zaprezentowałam Panu Linowi. A wtedy on zaparzył naraz oba Hongshui Wulongi – ten przywieziony przeze mnie i własny. Okazało się, że jego odmiana była bezkonkurencyjna, ale różnica stała się dla mnie wyczuwalna dopiero, kiedy skosztowałam obu jednocześnie. Herbaty te z roku na rok nieco się zmieniały – a to nieznacznie inny był stopień palenia czy oksydacji, a to wielkość liści – jak to zwykle bywa, kiedy herbaty wytwarza się w małych ilościach i nie jest konieczna perfekcyjna standaryzacja, jak w produkcji na wielką skalę. Niezmiennie jednak utrzymywały wysoki poziom.

Pan Lin, jak wielu znanych mi ludzi herbaty, był osobą wszechstronną: główną jego pasją pozostawała co prawda herbata, ale miał też wykształcenie muzyczne i był nauczycielem gry na gitarze klasycznej. Nigdy nie opuszczała go energia i ciekawość świata. Nieustannie się dokształcał, biorąc udział w rozmaitych wydarzeniach i konferencjach herbacianych. Kilka lat temu zainteresował się kawą, zdobył wiedzę w tej dziedzinie i wprowadził kawę do oferty swojego sklepu. Dobiegając osiemdziesiątki, był niezwykle otwarty na wszelkie nowości – na przykład aktywnie korzystał z mediów społecznościowych.

Duży wpływ na moje podejście do naczyń herbacianych wywarły naczynia, które oglądałam i z których korzystałam u Pana Lina. Były to zarówno porcelanowe, odlewane z formy gaiwany i morza herbaty przez niego projektowane i zlecane do wykonania zaprzyjaźnionym ceramikom, jak i naczynia robione ręcznie, między innymi grube, kamionkowe czarki szkliwione na biało-brązowo, które w sklepie Yilin były regularnie w użytku odkąd pamiętam. Pan Lin udowodnił mi kiedyś, że herbata w nich smakowała lepiej niż w czarkach porcelanowych. Była też para czarek z szarej kamionki, przypominającej kamień, które na początku mojej ceramicznej przygody próbowałam skopiować, zresztą z mizernym rezultatem. A kiedy wreszcie zaczęłam robić naczynia, z których byłam w miarę zadowolona, przesyłałam Panu Linowi ich zdjęcia do konsultacji.

Dopiero jednak w listopadzie zeszłego roku miałam okazję zaprezentować mu je osobiście. W podróż na Tajwan, jakżeby inaczej, wyruszyła ze mną Drużyna Gaiwana, którą naturalnie zabrałam też na wizytę w sklepie Yilin. Pan Lin obejrzał naczynia i zauważył z satysfakcją: „No, nauczyłaś się, że wnętrza czarek powinny być białe!”. Po czym zaproponował, że je ode mnie kupi. Byłam w rozterce – z jednej strony rozpierała mnie duma, że mój Mistrz uznał je za godne uwagi, a z drugiej nie chciałam się rozstawać z Drużyną Gaiwana, która wiernie towarzyszyła mi od prawie roku. I na dodatek była w niezbyt udanym, prototypowym „ubranku”. Z ciężkim sercem odmówiłam, jednocześnie postanawiając solennie, że kiedy uda mi się zrobić jakieś ciekawe naczynia, prześlę je Panu Linowi w prezencie. Później, kiedy dowiedziałam się o śmierci Pana Lina, przyszło mi tej decyzji żałować.

Nadal czuję żal na myśl, że już nie podaruję mu żadnych naczyń. Że nie napijemy się razem herbaty przy dużym, drewnianym stole w jego sklepie. Że nie zadam mu tych wszystkich pytań, które tymczasem przyszły mi do głowy. Jednak teraz, po kilku miesiącach, przez żal przebija się wdzięczność za wszystko, co od Pana Lina otrzymałam. Ktoś powiedział, że powinniśmy żyć tak, żeby ślady naszych stóp nas przetrwały. Ślady, które Pan Lin pozostawił we mnie, będą ze mną do końca życia. A kiedy patrzę na uśmiechnięte twarze jego uczniów i przyjaciół na zdjęciach z warsztatów i spotkań herbacianych, które prowadził, nie mam wątpliwości, że Pan Lin pozostawił wiele pięknych śladów, które trwać będą jeszcze długo.

Skomentuj:

(nie będzie publikowany)

  • Archiwum