Droga polsko-czeska odcinek 4

Zimny Dongding przed drogą, znów zielone do lodówki, pozostałe do pudeł, akcesoria do walizki, Ryba  w żółte ubranko i obok. Torby, plecaki, siaty, torebki.. Przy pomocy polskich mężczyzn zataszczyłyśmy do samochodu. Mężczyźni pomachali, odmachałyśmy i ruszyłyśmy dalej. Wpierw kilka razy w koło Cieszyna, w końcu właściwą drogą w stronę Pragi. A w zasadzie wpierw dróżką, potem drogą i w końcu autostradą. Piękne Czechy – pięknie wyrzeźbione i pomalowane. Jasnozłote pagórki, ciemnozielone drzewa i stalowoszare niebo. W takim zachwycie prułyśmy ile tylko Srebrna Strzała pozwalała(a pozwalała wiele jak na swój wiek, bo 160 km/godz. się zdarzało). Wyhamowałyśmy w korku pod Pragą i powoli i dostojnie wjechałyśmy do miasta. Ach, ile mi się przez te domy i ulice Budapesztu z dzieciństwa przypomniało… Słuchając naszych czeskich i chińskich nawigatorów przez telefon i przede wszystkim naszej mapy dotarłyśmy pod sam tea-shop. Wjechałyśmy na podwórko i weszłyśmy tam, gdzie mieszkają cudne chińskie czajniczki, czarki, akcesoria i czapany, no i herbaty leżakują sobie w chłodniach i na pułkach. Weszłyśmy tam, gdzie tego wszystkiego z namaszczeniem się używa. Gdzie ludzie przychodzą po to, żeby doświadczyć spokoju i radości, jaką daje herbata.

Złociutki od razu poczęstował nas herbatą (tak brzmi w tłumaczeniu nazwisko naszego przyjaciel i nauczyciela). Da Yu Ling, potem Huangjin Gui z Anxi i Pu er superior. I tu czas na ciekawą uwagę na temat różnic w sposobie parzenia – pierwsze zawsze wylewał, żeby przepłukać herbatę. Ogrzewał nim czarki, a następnie wylewał na czajnik. W drugim, jak mówił, herbata była już obudzona. Szkoła, której my słuchamy mówi o tym, żeby pierwsze parzenie potrzymać dłuższą chwilkę i wypić, bo to już jest herbata, a poznajemy ją od początku do końca, towarzysząc we wszystkich przemianach. Po herbatach rozpoczęłyśmy buszowanie wśród skarbów, ale było tego tyle, że umówiłyśmy się na 9.00 rano, jeszcze przed otwarciem, żeby wszystko spokojnie pooglądać i ruszyłyśmy w miasto.

Michał i Indra zabrali nas na spacer Pragą – przez Matkę Dobrą Czajownię (chińsko-indyjsko-arabsko eklektyczną), główne ulice, małe uliczki, bulwar nad rzeką, do jadłodalni, gdzie po kilku dniach picia herbaty i zdrowego jedzenia wegańskiego z dziką rozkoszą zamówiłyśmy piwo i ekstra-porcję smażonego syra z hranolkami. Śmialiśmy się z polskiego i czeskiego, z naszych słów, brzmienia i języka. Bo dla nas czeski brzmi jak dziecięcy polski, a dla nich posiłki jak czeska dziecięca paplanina. Posileni ruszyliśmy zobaczyć Pragę nocą – ze wzgórza zamkowego obejrzeliśmy całe miasto tonące w zmroku i dalej piechotą poszliśmy do ich mieszkania.

Skomentuj:

(nie będzie publikowany)