Pinglin, wioska herbaciana

Pinglin - Muzeum Herbaty

Podczas pierwszego pobytu w Pinglin 坪林, „wiosce herbacianej” pod Tajpej, udało mi się zwiedzić niezwykle ciekawe Muzeum Herbaty, o którym pisałam niedawno, ale deszcz uniemożliwił mi spacery po okolicy. Uznawszy, że szkoda byłoby nie zobaczyć tamtejszych pól herbacianych, wróciłam do Pinglin innego dnia, przy bardziej sprzyjającej pogodzie.

Złota Guanyin na szczycie wzgórza spogląda na Pinglin i pola herbaciane

Z Pinglin pochodzi jeden ze słynnych tajwańskich wulongów – Baozhong Wulong 包種烏龍, choć wytarza się tam w mniejszych ilościach także „Piękność Wschodu” (Dongfang Meiren 東方美人), znaną też jako Baihao Wulong 白毫烏龍. Miasteczko jest pięknie położone w dolinie rzeki Beishi 北勢溪, wśród malowniczych wzgórz pokrytych polami herbaty i lasami. Pinglin odwiedzają licznie, zwłaszcza w weekendy, mieszkańcy Tajpej, amatorzy pieszych lub rowerowych wędrówek, kąpieli w rzece i oczywiście herbaty. Miasteczko promuje się głównie właśnie herbatą, której uprawą, przetwarzaniem i handlem zajmuje się ponad 80% jego mieszkańców. Oprócz muzeum, są tam niezliczone sklepy herbaciane i znacznie mniej liczne herbaciarnie. Latarnie na główniej ulicy starego miasta mają kształt czajników. Żeliwne czajniki, o kształtach kamionkowych czajniczków do gongfu cha, zaprojektowanych w czasach dynastii Qing przez Chen Manshenga, zrobią też balustradę mostu i nabrzeża rzeki. Na jednym ze skrzyżowań miasteczka można zobaczyć fontannę w kształcie ogromnego czajnika nalewającego wodę do czarki. Inny gigantyczny czajnik stoi w parku niedaleko Muzeum Herbaty, w sąsiedztwie licznych statui Lu Yu. A nad rzeką zwraca uwagę oryginalny pomnik zbieraczki herbaty, która pochyla się nad autentycznym krzewem herbacianym.

Latarnie w kształcie czajników w najstarszej uliczce Pinglin

Czajnik na balustradzie mostu w Pinglin

Czajnik na balustradzie mostu w Pinglin

Czajnik - fontanna

Wielki czajnik w parku przy Muzeum Herbaty

Lu Yu w parku przy Muzeum Herbaty - tym razem w słońcu

Oprócz zakupu suchych herbat, spragnieni turyści mogą skosztować miejscowego specjału – Baozhong Wulonga parzonego na zimno w butelce wody mineralnej. Trzeba przyznać, że w upalne tajwańskie lato świetny to sposób na ochłodę i odświeżenie po wędrówce po polach herbacianych. Znakomitą zakąską do tego są kluchy z kleistego ryżu, przyprawione, a jakże, zieloną, sproszkowaną herbatą.

Herbaciany przysmak

Baozhong Wulong na zimno

Błądząc po uliczkach maleńkiego starego miasta, trafiłam na drogowskaz do „stuletniego kamiennego domu”. Czemu nie zwiedzić, pomyślałam sobie i zagłębiłam się w wąski zaułek, który miał tam prowadzić. Zaułek wkrótce się skończył i za niewielkim placem ukazał się stary dom, zbudowany z kamieni charakterystycznie ułożonych w poziomą „jodełkę”. Tego rodzaju konstrukcje można jeszcze czasem spotkać na wsi na Tajwanie i w sąsiedniej prowincji Fujian.

Salon w stuletnim domu, z ołtarzykiem i pojemnikami na herbatę

Maszyny do obróbki herbaty w stuletnim domu

Gospodarz prezentuje palonego Baihao Wulonga

Poczęstunek dla gości

Kiedy przymierzałam się, żeby dyskretnie zrobić zdjęcie z oddali, na progu ukazał się staruszek, pewnie niewiele młodszy niż sam dom, i zaczął gestami zapraszać mnie do środka. Znał mandaryński mniej więcej w tym samym stopniu co ja dialekt tajwański, czyli nie więcej niż kilka słów, ale zrozumiałam najważniejsze: lim-tê – napij się herbaty. Zachęcona, weszłam środkowymi drzwiami do głównego pomieszczenia domu, tak zwanego zhengting 正廳, gdzie znajduje się ołtarz przodków (shenzhuo 神桌) i przyjmuje się gości. Na drewnianej ławie pod ścianą stały dwa metalowe czajniki, mniejszy i większy. Dziadek wręczył mi małą porcelanową czarkę i na początek napełnił ją zimną herbatą z większego czajnika, oczywiście miejscowym Baozhong Wulongiem. Potem zapytał, co jakoś udało mi się zrozumieć, czy chcę się napić innej herbaty z mniejszego czajnika. Oczywiście chciałam. Ależ to była siekiera! Była nie tylko inaczej, znacznie mocniej zaparzona, ale w ogóle inna. Niestety moje możliwości porozumiewania się z gospodarzem były ograniczone, więc dowiedziałam się tylko, że można dzięki niej schudnąć. Widocznie uznał, że będę zainteresowana:) Podziękowałam za poczęstunek i za zgodą gospodarza zrobiłam kilka zdjęć. Pod ołtarzem mieszczącym się na ścianie naprzeciw drzwi wejściowych stał sporych rozmiarów „piekarnik” do palenia herbaty[*] i dwie ogromne metalowe puszki, w jakich jeszcze gdzieniegdzie przechowuje się herbatę, więc domyśliłam się, że mieszkańcy domu jeśli sami jej nie wytwarzają, to przynajmniej „palą” na użytek własny, a może i sąsiadów. Ale oczywiście nie było jak dopytać się o szczegóły. Na tym pewnie by się moja wizyta w starym kamiennym domu skończyła, gdyby w tej chwili nie nadeszła trójka tajwańskich turystów, którzy znali zarówno mandaryński, jak i tajwański. Wdali się w rozmowę z dziadkiem, jednocześnie tłumacząc mi wszystko na mandaryński. Ten zaś bardzo się rozgadał, a w końcu zaprosił nas do lewego skrzydła domu, gdzie jak się okazało stał komplet maszyn do przetwarzania herbaty. Były tam stojaki z płaskimi bambusowymi koszami, w których liście więdną i fermentują, maszyna do ich zwijania i blaszany obrotowy bęben, w którym praży się herbatę przerywając fermentację, oraz drugi, bambusowy, w którym liście miesza się podczas fermentacji. Gospodarz powiedział, że kiedy rodzina nie ma nic lepszego do roboty, to robi sobie herbatę. W Pinglin wytwarza się Baozhong Wulonga i „Piękność Wschodu”, ale nasz gospodarz przyznał, że robi tylko Baozhonga. Zwiedziwszy tę rodzinną fabryczkę wróciliśmy do „salonu”, gdzie ponownie napiliśmy się herbaty i wreszcie udało mi się dowiedzieć, co to była za siekiera w mniejszym czajniku. Dziadek zademonstrował nam też jej suche liście, które wyciągnął z jednej z metalowych puszek pod ołtarzem. Okazało się, że był to Baozhong Wulong, czyli herbata lekko fermentowana, ale po zakończeniu obróbki dość mocno „palona”, czyli „dojrzała”. Palenie wulongów było kiedyś powszechnie stosowane, zanim nie nastała moda na herbaty „świeże”, nie poddawane paleniu. Tajwańczycy nazywają je sheng cha 生茶, co tłumaczę jako „herbaty świeże”, ale słowo sheng znaczy też „surowy”. Określenie to może sugerować, że nie jest to jeszcze gotowa herbata, jej proces przetwarzania jeszcze się nie zakończył. Palone z kolei określa się jako shou cha 熟茶, czyli „herbaty dojrzałe”, przy czym mogą być one palone mocniej lub słabiej. Dla mnie kosztowanie „dojrzałego” Baozhong Wulonga było nowym doświadczeniem, bo w tej chwili w sprzedaży dostępne są praktycznie tylko świeże.  Ale kiedyś „dojrzałe” wulongi były na porządku dziennym i starsi ludzie nadal je piją, choć młodsi przeważnie wolą świeże. Dlatego o mocno palonych wulongach, zwłaszcza mocno zaparzonych metodą gongfu cha mówi się laoren cha 老人茶, czyli „herbata starych ludzi”.

Pomnik zbieraczki herbaty w centrum Pinglin

Herbata, którą poczęstował nas dziadek w stuletnim domu nie była szczególnie smaczna, ale ja byłam zachwycona jego gościnnością. Biorąc pod uwagę, że jego dom jest wymieniany w przewodnikach jako jedna z lokalnych atrakcji turystycznych, wyobrażam sobie, że pewnie codziennie przyjmuje podobne grupki zwiedzających i szczerze podziwiam go za serdeczność, z jaką wszystkich zaprasza do środka na herbatę. Z podobną gościnnością na Tajwanie spotykałam się niemal na każdym kroku i przeważnie była ona połączona z częstowaniem herbatą.

Będzie z tego Baozhong Wulong...

Pinglin

Wzgórza wokół Pinglin



[*] Palenie herbaty – „Paleniem” nazwałam na własny użytek (analogicznie do „palenia kawy”) proces zwany beihuo 焙火 lub hongpei , o którym Chińczycy z kontynentu mówią rzadko, ale Tajwańczycy przeciwnie. Dawniej herbata była palona w bambusowych koszach nad paleniskiem, czasem zawinięta w bawełniane chusty w formie okrągłych tobołków, a obecnie zwykle odbywa się to w dużych elektrycznych „piekarnikach” (kiedy herbatę przetwarza się na dużą skalę) lub w elektrycznie podgrzewanych, małych bambusowych koszach (na użytek domowy). Palenie może się odbywać tuż po zakończeniu obróbki zasadniczej, albo nawet wiele lat później, jeśli mamy do czynienia z herbatą przechowywaną latami, tzw. chennian cha 陳年茶. Proces ten ma za zadanie ostateczne wysuszenie gotowej herbaty, dlatego np. pali się od czasu do czasu herbaty, które wskutek długiego przechowywania mogły wchłonąć nieco wilgoci, ale przede wszystkim zmienia on jej właściwości: kolor liści i naparu wraz ze wzrostem stopnia palenia staje się ciemniejszy, a smak i aromat coraz bardziej „dojrzały”.

4 komentarze »

  1. Jakub |

    Ciekawy wpis.Najbardziej rozśmieszyła mnie sugestia o „odchudzającej” herbacie. 😀

  2. Anna Włodarczyk |

    W zasadzie każda herbata w mniejszym lub większym stopniu przyspiesza przemianę materii, obniża poziom cukru i cholesterolu, więc ta sugestia nie jest taka bezsensowna. Ale oczywiście cudów nie należy się spodziewać, nawet po rzekomo odchudzającym Pu’erze…

  3. Jakub |

    Chodziło mi o to ,że sugestia była skierowana do nieodpowiedniej osoby pod tym względem. 😀

  4. daphne |

    Zdjęcia prezentują się swietnie 🙂

Skomentuj:

(nie będzie publikowany)