„Tao chińskiej herbaty” – recenzja

Tao chińskiej herbatyWśród wielu elegancko wydanych, ale mało wiarygodnych publikacji o herbacie pojawia się wreszcie coś godnego uwagi. Godnego uwagi, bo jest to (o ile wiem) pierwsza wydana po polsku pozycja poświęcona całkowicie herbacie chińskiej. Co ważniejsze, jej autorką jest Chinka, mistrzyni sztuki herbaty. Zawsze byłam zdania, że o herbacie chińskiej najlepiej czerpać wiedzę wprost ze źródła, a nie od autorów zachodnich, często obciążonych innym podejściem do herbaty (choćby przyzwyczajeniem do jej odmiennego klasyfikowania), nie mówiąc już o słabej znajomości kontekstu kulturowego. Kłopot tylko w tym, że książki autorów chińskich były dotąd dla polskich czytelników niedostępne. Teraz nareszcie mamy okazję zapoznać się z jedną z nich.

„Tao chińskiej herbaty. Przewodnik praktyczny i kulturalny” porusza właściwie wszystkie istotne aspekty chińskiej sztuki herbaty. Są one omówione w pięciu rozdziałach, zatytułowanych według pięciu chińskich żywiołów: rozdział „Metal” opowiada w zarysie historię chińskiej herbaty, mówi też o jej związkach z chińską filozofią i duchowością, „Drewno” (w tym wypadku wolałabym tłumaczenie „drzewo”) – jest poświęcony rodzajom i gatunkom herbaty, rozdział „Ziemia” – naczyniom i przyborom herbacianym, „Woda” – oczywiście zagadnieniu wody na herbatę oraz sztuce parzenia, „Ogień” zawiera porady praktyczne dotyczące wyboru dobrej herbaty i jej przechowywania. Do tego obszerny „Wstęp” o właściwościach zdrowotnych herbaty, których najwyraźniej nie udało się przyporządkować do żadnego z żywiołów. Takie tytułowanie poszczególnych zagadnień to dla mnie nowość, ale widzę w nim pewien sens, który zresztą wyjaśnia sama autorka: podkreśla harmonię żywiołów, która zawiera się w sztuce herbaty. W tych pięciu częściach Ling Yun przekazuje swoją bogatą wiedzę o herbacie w sposób przystępny, choć w stylu chwilami nieco infantylnym, od podstaw, bo książka jest adresowana dla nie-chińskiego odbiorcy, przeplatając fakty historyczne i informacje praktyczne anegdotami, legendami, własnymi doświadczeniami i opiniami.

W tej książce ujmuje mnie wiele. Przede wszystkim, wreszcie z radością odnajduję w polskiej publikacji gruntowną i usystematyzowaną wiedzę o współczesnej chińskiej herbacie, zgodną zasadniczo z tą, którą zdobyłam w trakcie mojej edukacji herbacianej. Na przykład, w opisie herbat białych Ling Yun zaznacza (czego nie robi nawet wielu chińskich autorów!), że „biała herbata” z czasów dynastii Song to nie to samo, co współczesna. Podaje – zgodnie z prawdą – że aromatyzowanie nie polega na dodaniu płatków kwiatów do herbaty, ale po zakończeniu procesu kwiaty są z herbaty usuwane, a herbaty aromatyzowane to nie osobny rodzaj, lecz herbata dodatkowo przetworzona. To tylko dwa przykłady drobiazgów trudnych do znalezienia w publikacjach autorów zachodnich, których sporo wyszło w przekładzie na język polski. Ogromną zaletą książki jest to, że – zgodnie ze swoim podtytułem – oprócz podawania informacji i porad praktycznych, wprowadza czytelnika w bogaty i fascynujący świat kultury chińskiej, której nieodłączną częścią jest sztuka herbaty. Pomocne są w tym ilustracje, w które „Tao…” obfituje, a które niekoniecznie wiążą się bezpośrednio z herbatą – na przykład zdjęcie latarni z dynastii Han czy krajobrazu gór Wuyi – ale wprowadzają w odpowiedni kontekst (choć zakładam, że zdjęcie ze strony 133, przedstawiające chińską porcelanową figurkę, talerzyk z europejskim landszaftem i pluszowego kota Garfielda znalazło się w książce wskutek jakiejś pomyłki). Oprócz zdjęć, w książce znajdują się liczne reprodukcje obrazów z różnych epok, przedstawiające kosztowanie herbaty, które autorka szczegółowo omawia. Na końcu podana jest też tablica chronologiczna chińskich dynastii cesarskich, nieoceniona pomoc dla czytelnika nie zorientowanego dokładnie w historii Chin, oraz bibliografia w języku angielskim. Szkoda tylko, że polski wydawca nie zadbał o podanie polskich tytułów tych książek, które wyszły u nas w przekładzie, choćby „Dialogów konfucjańskich”.

Niestety, po tych pochwałach bez zarzutów się nie obędzie. Kiedy przejrzałam książkę po raz pierwszy, byłam zachwycona, ale w miarę czytania znajdowałam w niej coraz więcej mankamentów.

Jak już wspomniałam, „Tao chińskiej herbaty” jest adresowane do nie-chińskich czytelników, co w zasadzie uważam za zaletę, bo publikacje skierowane do chińskich odbiorców, choćby na dość podstawowym poziomie, zwykle zakładają jakąś wiedzę czytelnika, znajomość podstawowych pojęć czy realiów kulturowych. Jednocześnie jednak książka, jako adresowana do czytelnika zachodniego, powstała w oryginale w języku angielskim, i to przysparza nam trochę kłopotów. Język obcy – tutaj angielski – jest bowiem zwykle nieco nieporadny w opisywaniu zjawisk z innego kręgu kulturowego, w tym przypadku chińskiej kultury herbaty. Problem pojawia się tu już na poziomie podstawowej terminologii. Na przykład, tak samo po angielsku jak i po polsku, „herbata czarna” – „black tea” oznacza herbaty całkowicie oksydowane, które z kolei Chińczycy nazywają hong cha, czyli „herbatami czerwonymi”. Tymczasem chińskie określenie hei cha, czyli dosłownie „czarna herbata”, jest zarezerwowane dla herbat „dojrzewających”, poddawanych procesowi wodui, takich jak tak zwany „dojrzały” (shou) Pu’er. Dla autora piszącego o herbacie chińskiej to wieczny problem i dylemat, o którym już nie raz była mowa na Morzu Herbaty. Ja próbuję sobie z nim radzić konsekwentnie stosując chińskie nazwy i za każdym razem, kiedy jest taka potrzeba, dokładnie wyjaśniam, co mam na myśli. Jest to oczywiście męczące i powoduje zamęt u osób przyzwyczajonych do naszej niekonsekwentnej terminologii, ale moim zdaniem nie ma rady: żeby wszystko uporządkować, trzeba odrzucić naszą zabałaganioną nomenklaturę i stworzyć nową od podstaw. Tymczasem wielu anglojęzycznych autorów i tłumaczy woli bardziej kompromisowe podejście: nie robiąc rewolucji w znaczeniu określenia „herbata czarna” (black tea) przyjętym w naszym kręgu kulturowym, na określenie dojrzałych Pu’erów i im podobnych ukuli nowy termin: dark tea. Przypuszczam, że użyła go też autorka „Tao chińskiej herbaty”, bo w polskim przekładzie herbaty te nazywane są „ciemnymi”. Słowo „ciemny” kojarzy mi się pejoratywnie, ale cóż, co kto lubi, oczywiście – ostatnio usłyszałam opinię, że określenie „ciemna herbata” znakomicie pasuje do natury Pu’era. I rzeczywiście, trudno się z tym nie zgodzić.

Problemy jednak na tym się nie kończą, bo polskie tłumaczenie „Tao…” ma też inne, poważniejsze wady. Na lekką nieporadność języka angielskiego dodatkowo nakłada się nieporadność języka polskiego i w rezultacie otrzymujemy coś, co przypomina efekt tłumaczenia pośrednio z innego języka. Do tego dochodzi nieporadność tłumacza i nieznajomość przedmiotu, a do tego, co gorsza, poważne błędy redakcyjne.

Czajniczki kamionkowe nie wiedzieć czemu nazwane są „dzbankami”, a co więcej, „dzbankami” są także dzbanki „morze herbaty”, a nawet czajniki do gotowania wody. Hmm… jakiś podejrzany nadmiar dzbanków przy zagadkowej nieobecności czajników. Małe porcelanowe czarki do gonfu cha są nazywane „filiżankami”, choć wystarczy zajrzeć do słownika języka polskiego, żeby się przekonać, że filiżanka to naczynie z uszkiem. Dojrzały Pu’er z nieznanych mi przyczyn nazwany jest herbatą „skorupkową” i – sądząc ze zdjęcia – nie chodzi tu o jego odmianę prasowaną. Nie przychodzi mi do głowy żadne chińskie określenie, od którego może pochodzić ta „herbata skorupkowa”, ale mam zamiar temat podrążyć, bo przypuszczam, że nie wzięło się to znikąd.

Prawdopodobnie błąd redakcyjny sprawił, że w tabeli rodzajów herbaty na stronie 60 poza „sześcioma  rodzajami” wyróżniona jest „herbata poddana podobnej obróbce” – z kontekstu wynika, że chodzi o „ponowną” obróbkę, choć właściwiej byłoby powiedzieć „dodatkową”, bo chodzi tu o aromatyzowanie, a nie powtarzanie już zakończonego procesu obróbki zasadniczej. Wniosek stąd (mało odkrywczy), że tłumacz oprócz biegłej znajomości języka powinien mieć też jakie takie pojęcie o opisywanych zjawiskach, albo zapewnić sobie konsultacje specjalisty.

Całkiem już oburzyła mnie niechlujność redakcji, trudno powiedzieć, polskiego wydania czy oryginału, wskutek której z książki dosłownie zniknęła legenda o Bodhidharmie, a prawdopodobnie także o Laozi. Bezpośrednio po legendzie o Shennongu następuje bowiem podrozdział zatytułowany „Która z tych trzech historii jest najbliższa prawdzie?”. Wymieniony jest w nim Bodhidharma, ale po samej legendzie nie ma śladu. A skoro jest mowa o „trzech historiach”, to przypuszczam, że tą trzecią, zaginioną, jest mniej znana legenda o Laozi, którego podczas podróży za Zachód zatrzymał na przełęczy Xiangu strażnik Yin Xi i poczęstował herbatą, co skłoniło starego mędrca do spisania „Księgi drogi i cnoty” – „Daodejing”.

O ile mam poważne zastrzeżenia do przekładu i redakcji, to merytorycznie trudno się do „Tao…” przyczepić. Co prawda z niektórymi poglądami autorki mogłabym dyskutować – na przykład z jej radą dotyczącą przechowywania herbat aromatyzowanych, które jakoby można bez szkody dla jakości trzymać w przezroczystych naczyniach. Moi nauczyciele twierdzili inaczej (bo jeśli na przykład herbata jaśminowa powstaje na bazie zielonej, to dlaczego słońce szkodząc herbacie zielonej jednocześnie miałoby nie szkodzić zielonej po aromatyzowaniu?), choć oczywiście np. biała herbata z pąkami róży w szklanym słoju to atrakcyjny widok. W opisie herbaty Pu’er dziwne wydaje mi się prawie całkowite pomięcie Pu’erów „świeżych” lub „surowych” (sheng 生). Żałuję, że autorka – pisząc tak wiele o chińskiej kulturze – mało miejsca poświęciła pojęciu tao, którego użyła w tytule książki i wielokrotnie powtórzyła w jej treści. Bo co właściwie znaczy chadao 茶道, czyli tytułowe „tao herbaty”? Można było rozwinąć trochę ten fascynujący wątek i szkoda, że tego zabrakło.

W książce przeszkadza mi też narcyzm autorki, która bez fałszywej skromności nazywa siebie „najlepszym mistrzem sztuki herbaty w Chinach” (strona 21), a jej wdzięczną postać odzianą w stosowne kostiumy (a to tradycyjne qipao, a to strój ujgurskiej wieśniaczki) możemy podziwiać na wielu, bardzo wielu zdjęciach ilustrujących publikację. Dobrze co prawda znać swoją wartość, ale kiedy patrzę na liczne zdjęcia „najlepszej mistrzyni” parzącej herbatę niekiedy w dość pretensjonalnych naczyniach, przypominają mi się słowa Lu Yu z „Księgi herbaty”: „Natura herbaty jest nieśmiała i skromna…”, przypomina mi się podkreślana w etykiecie herbacianej konfucjańska zasada „drogi środka” zhong yong zhi dao (中庸之道) – szukania umiaru i unikania skrajności, buddyjskie wuwo (無我 anatman) i inne wartości wiążące się z drogą herbaty – i czuję w tym wszystkim pewien dysonans…

Ale dość marudzenia. Mimo pewnych mankamentów, książka prezentuje rzetelną wiedzę i, co ważne, ukazuje sztukę herbaty w jej naturalnym otoczeniu kulturowym. Oto doczekaliśmy się wreszcie całkiem przyzwoitego przewodnika po współczesnej chińskiej sztuce herbaty w języku polskim – to dobra wiadomość dla herbaciarzy.

Ling Yun „Tao chińskiej herbaty. Przewodnik praktyczny i kulturalny”, tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska, Wydawnictwo Olesiejuk

23 komentarze »

  1. Joanna Liu Mulan |

    Moje odczucia co do tej książki, są bardzo podobne. Szkoda, że temat filozofii herbaty został tak pominięty. Ja mam też uwagę do samego formatu książki – jest bardzo nieporęczny.
    Aczkolwiek, dobrze, że wyszła taka pozycja u nas, zawsze to jak piszesz, dobre przybliżenie danej kultury i podejścia do herbaty.

  2. Ślubna Herbata |

    Nawet zwykłe powieści cierpią i tracą w tłumaczeniu, a co dopiero literatura specjalistyczna. Przydałby się Twój komentarz we wstępie do tej książki 🙂

  3. baixiaotai |

    Cóż, możemy tylko propagować herbatę, właściwe nazewnictwo i sposoby parzenia, mając nadzieję, że z czasem Polacy się czegoś o niej dowiedzą… 🙂
    Książki jeszcze w ręku nie miałam, ale chętnie na nią zerknę w przyszłości.

  4. konradus |

    Tak, te „dzbanki” są rozbrajające 😉 Kupiłem jakiś czas temu i stoi sobie na półce jako trzecia obok Tomczyka i Trzeciaka. To znaczy za nimi, w znamiennej kolejności 😉 Chciałbym kiedyś postawić na pierwszym miejscu książkę Pani Anny Włodarczyk i wierzę, że to prędzej czy później nastąpi. Czego życzę wszystkim herbaciarzom, Pani Ani i sobie 🙂

  5. Anna Włodarczyk |

    Format książki w zasadzie mi nie przeszkadza, chociaż faktycznie, trudno ją schować do torebki i delektować się lekturą na przykład w komunikacji miejskiej:) Za to podoba mi się zwykły, matowy papier – dowód, że pięknie ilustrowana książka nie musi być wydana na kredowym papierze, zimnym i ciężkim. Ta jego „zwyczajność” pasuje mi do natury herbaty. Plus dla wydawcy.
    A co do terminologii: jakie jest Wasze zdanie – trzymać się bliżej chińskiej, nazywając herbaty całkowicie oksydowane „czerwonymi” (i narażać się na konieczność wyjaśniania tego setki razy), czy pozostać przy polskiej, nazywając je „czarnymi” (i być skazanym na kombinowanie z nazwą dla „dojrzałych” Pu’erów i im podobnych)?
    @konradus: cierpliwości, mam nadzieję, że taka książka kiedyś się na Twojej półce pojawi:)

  6. konradus |

    @Anna Włodarczyk: jestem tego pewny i będę czekał cierpliwie 🙂 Terminologia… Kiedyś starałem się wytłumaczyć pewnej miłej osobie to całe herbaciane „zamieszanie kolorystyczne”, ale chyba mi się nie udało, bo odpowiedziała mi znanym żarcikiem:
    – Co to za jagoda?
    – To czarna jagoda.
    – A czemu jest czerwona?
    – Bo jest jeszcze zielona.

    I pomimo tej mojej porażki, uważam, że warto posługiwać się chińską terminologią 🙂 I się nie poddawać 😉

  7. Taraban |

    Wydaje mi się, że polska, czy ogólniej europejska, terminologia nie musi być tożsama z chińską. Termin „czarna herbata” jest tak mocno zakorzeniony w naszej świadomości, że walka z tym nie tylko jest skazana na porażkę, ale też niezupełnie potrzebna. Chińczycy mogą mówić „herbata czerwona” albo „sfermentowane sianko”, „pączki turkusowego smoka” czy jakkolwiek inaczej, ale przecież nie ma to przełożenia na nasze realia. Zresztą, oni wcale nie mówią „herbata czerwona”, tylko „hong cha” 😉 No i niech sobie mówią jak chcą. Przecież to nie ma wpływu na smak herbaty, a dopóki prosząc o czarną herbatę dostanę to, co rozumiem pod tym pojęciem, to jakie ma znaczenie, jak mówią Chińczycy? Może to być istotne dla osób wybierających się do Chin. Choć oczywiście nie widzę przeszkód żeby przytaczać te różnice jako ciekawostkę. Forsowanie zmiany nazwy może spowodować jedynie, że osoba, którą przekonasz do innego nazewnictwa (jako jedną z, załóżmy optymistycznie, pięćdziesięciu), pójdzie do herbaciarni, zamówi czerwoną herbatę i dostanie pu erha, bo pani kelnerka nie będzie wiedziała o Twojej akcji. Zresztą, mamy rybę po grecku, która z Grecją ma dokładnie nic wspólnego, możemy mieć czarną herbatę, która daje czerwony napar i na którą Chińczyk mówi całkiem inaczej. Dla mnie to tylko językowa ciekawostka świadcząca o tym, że czasem błąd nazewniczy zmienia się jakimś kręgu kulturowym w normę. Pokój wam, herbaciane siostry i bracia 😀

  8. Suiseki |

    Szkoda nieporadnego słownictwa, ale dobrze, że takie pozycje pojawiają się na rynku. Sięgnę po nią, choć zębami będę zgrzytał przy dzbankach i filiżankach. Co do słownictwa, to jestem zdecydowanie za chińską terminologią. Po tego typu książki sięgają osoby pragnące pogłębić swoją wiedzę więc uczciwym jest podawać ją jak najbliżej źródła.

  9. Anna Włodarczyk |

    @konradus: podoba mi się porównanie do dowcipu o czarnych jagodach:) A propos: nasza nazwa „herbaty czarne” odnosi się raczej do koloru liści, a chińska „herbaty czerwone” do koloru naparu. Choć na przykład ich pąkowe odmiany nie mają czarnych liści, tylko pąki pokryte rudozłocistym puszkiem… Nie mówiąc już o wulongach, które występują w rozmaitych kolorach, zarówno liści jak i naparu. Jednym słowem wszystko jest umowne.
    @Taraban: zgadzam się, że terminologia polska nie musi być tożsama z chińską i nie miałabym nic przeciwko nazywaniu herbat całkowicie oksydowanych „czarnymi”, gdyby nie było problemu w drugą stronę: nasze określenie „herbaty czerwone” to pojemny worek, do którego można wrzucić co się komu podoba. Pewnego razu sprzedawczyni w warszawskim sklepie herbacianym poinformowała mnie, że wulong to herbata czerwona, tak samo jak Pu’er. A do tego jeszcze mamy rooibos, też nazywany herbatą czerwoną. I co z tym fantem zrobić?

  10. rubianka |

    Słabe przekłady to niestety problem wielu wydawnictw. Książki tłumaczy się szybko, a stawki i terminy nie zachęcają do zgłębiania materii w przypadku pozycji specjalistycznych, a nawet i z pozoru niewymagającej tego beletrystyki. Do tego redakcja najczęściej też woła o pomstę do nieba i efekt jest jaki jest.
    Co do terminologii, zgadam się, że nazwa „herbata czarna” jest tak zakorzeniona w naszym języku i świadomości, że chyba lepiej skupić się na szerzeniu kultury herbacianej i promocji dobrej jakości herbaty (a nie torebkowych odpadków) niż na wprowadzaniu ludziom zamętu w głowach 😉

  11. Joanna Liu Mulan |

    Jak słyszę czy widzę, że ktoś nazywa oolonga herbatą czerwoną która dodatkowo ma właściwości odchudzające to mi się nóż w kieszeni otwiera. To już po prostu zakrawa na totalną ignorancję tematu.
    Bardzo przeszkadza mi również nazywanie herbatą ziół, rooibosa czy yerba mate. Zupełnie nie rozumiem czemu ludzie koniecznie robią herbatę z rooibosa. Przecież na zapakowaną można powiedzieć po prostu rooibos, a na taką zaparzoną już w szklance – napar z rooibosa. Tu chyba najwięcej zamieszania wprowadzają firmy oferujące te produkty. Bo jak ludzie mają myśleć skoro nawet producenci nazywają rooibosa herbatą…

    Nazywanie herbat w pełni fermentowanych herbatą czarną mi nie przeszkadza, bo w zasadzie sama takie nazewnictwo stosuje, jak pisał Taraban to już jest chyba zbyt mocno zakorzenione w naszej kulturze.

  12. YLK |

    Nie dziwie sie, ze pani w sklepie powiedziala, ze wulong/oolong to herbata czerwona. Kto pamieta lata 80te ten wie, ze wowczas napopularniejsza herbata (czarna) byla pakowana w male tekturowe, w olorze ciemno-pomaranczowym kartoniki i nazywala sie wlasnie Ulung…:) Wiec pewnie pani tak to kojarzy.

    W sumie nie jestesmy za bardzo obciazeni problemami nazewnictwa, ktore gleboko tkwiloby w powszechnej swiadomosci i wymagaloby wielkiej pracy od podstaw, zeby je zmienic. Jedyne to herbata czarna (czyli chinska czerwona) i wspomniay wyzej Ulung (czyli gatunek herbaty „czarnej”). Tylko tyle nalezaloby wyprostowywac. Reszta to chaos, ktory wymaga usystematyzowania…:)

  13. Bartek Hilszczański |

    W kategorii literatura herbaciana pozycja dobra. Błędy tłumaczeniowe to naprawdę już standard w tej branży, chyba wynikają z oszczędności.

    A jeśli chodzi o temat „herbacianej kolorystki”, to chyba nie ma co walczyć ze stanem obecnym. Trzeba się pogodzić, z tym że w naszym kraju wszystko co zalewa się ciepłą wodą, a nie jest kawą, nazywa się herbatą. Wydaje mi się, że jedynym sposobem może być „reaktywacja” słowa CZAJ, jako oznaczenie liści herbacianej=czajowej rośliny. Herbaty będą przeróżne i chyba nie ma tym nic złego (ziołowe, owocowe, rooibosy i mate), ale czaj będzie znacznie konkretniejszy i dokładniejszy. Większość naszych słowiańskich sąsiadów używa tego słowa, więc dlaczego nie my?:)

  14. YLK |

    Kawa vs herbata – w kraju mamy „kawe” zbozowa, chinczycy maja z kolei „herbate” zbozowa (mai cha), wiec nie ma o co kruszyc kopii.

    Niech ktos sprobuje promowac czaj, gwarantuje pikiete pod oknami…:)

  15. Anna Włodarczyk |

    Zamętu w nazewnictwie nie wprowadzamy, bo on po prostu już jest (patrz przytoczony wyżej przykład ze sklepu herbacianego). Pytanie tylko, jak sobie z nim radzić.
    Co do nazywania różnych ziół „herbatą”, właściwiej byłoby pewnie powiedzieć „herbatka”, ale to nie tylko polska przypadłość, bo nawet Chińczycy tak robią – przykładem okrutnie gorzka kudingcha 苦丁茶, która z Camellią sinensis nie ma nic wspólnego.
    Słowo „czaj” raczej się u nas nie przyjmie, chociaż wciska się gdzieniegdzie bocznymi drzwiami, w postaci „czajnika” czy zapożyczonej od naszych południowych sąsiadów „czajowni”. Jednak szkoda by mi było porzucać „herbaty”, brzmiącej bardzo oryginalnie na tle swoich odpowiedników w innych językach europejskich, a przecież także wywodzącej się od słowa tê w dialekcie Min z Fujianu (o czym kiedyś pisałam).
    Krótko podsumowując tę ciekawą dyskusję: całkowicie fermentowane herbaty zapewne pozostaną u nas czarnymi (choć ja raczej zostanę przy „czerwonych” – tylko trzymając się bliżej chińskiej terminologii mam poczucie, że wszystko jest na miejscu), częściowo fermentowane – wulongami, oolongami lub ulungami (choć ściśle rzecz biorąc nie wszystkie z tego rodzaju, który umownie nazywam „herbatami turkusowymi”, są wytwarzane z liści krzewu szczepu wulong – choćby słynna Tie Guanyin). Myślę jednak, że przydałoby się jakieś nowe określenie na herbaty dojrzewające, pu’eropodobne, bo to nieszczęsne polskie określenie „herbata czerwona” jest zbyt wieloznaczne. Moim zdaniem to ono jest największym winowajcą całego zamieszania i najchętniej w ogóle bym je wyeliminowała, gdyby było to możliwe…

  16. baixiaotai |

    ja też się zastanawiałam nad używaniem słowa „czaj” już z właściwymi, chińskimi, kolorami. Niestety, czaj kojarzy się tylko i wyłącznie z przeparzoną herbatą czarną – nie ma czystej karty, więc też się nie nadaje. Dla mnie herbaty czarnosmocze i puery są po prostu sobą; jako, że tutaj nie bardzo spotyka się inne niż puer herbaty czarne, a wulongów to w ogóle jak na lekarstwo, więc nie mam szczególnego problemu 🙂

  17. Anna Włodarczyk |

    „Herbaty czarnosmocze” – podoba mi się! Ale mam nadzieję, że będzie ich w Polsce coraz więcej i wiedza o nich też się ciut upowszechni. Co do Pu’erów – faktycznie, ostatnio rzadko używam chińskiego określenia „herbaty czarne”, bo poza dojrzałym Pu’erem właściwie nic się nie pojawia i nie ma widoków, żeby to się zmieniło w najbliższej przyszłości, więc póki co problemu nie ma.

  18. Czajownia Wrocław |

    We wrocławskiej Czajowni w ‚Karcie herbat’ stosujemy oryginalne nazewnictwo kolorów herbat. Wiele osób nauczyło się już, że czerwona herbata chińska jest ‚czarna’, a ciemna to ‚czerwona’ 🙂 Herbaty w pełni fermentowane spoza Chin nazywamy ‚czarnymi ortodoksyjnymi’. Gdy ktoś chce zamówić herbatę ‚czerwoną’, a nie jesteśmy pewni czy on jest pewny czego chce, zawsze dopytujemy i dokładnie wyjaśniamy na czym polega zamieszanie z nazywaniem kolorów herbaty. Sprawa chyba nie jest aż tak bardzo kłopotliwa, gdyż ‚znawcy’ zawsze się dogadają, a Ci co nie wiedzą w czym rzecz, gdy trafią na herbaciarza to z pewnością uzyskają życzliwe wyjaśnienie. Poza tym ludzie naprawdę szybko to czają 🙂 Wydaje nam się, że warto edukować i konsekwentnie trzymać się oryginalnej terminologii.
    Co do nazywania herbatą wszelkiego rodzaju naparów – nie walczmy z tym! Słownik języka polskiego PWN hasło ‚herbata’ definiuje m.in. jako: napar z różnego rodzaju ziół. Jest to powszechnie u nas przyjęte, dlatego jeśli chcemy zaakcentować że chodzi o Camelię, mówmy konkretnie: np. herbata zielona. Walka z wiatrakami nie ma sensu.
    Z herbacianym pozdrowieniem z Wrocławia – CZAJ!

  19. Anna Włodarczyk |

    @Czajownio Wrocław: zgadzam się w stu procentach! Okazuje się, że bez większych problemów można wprowadzać oryginlną chińską terminologię. Naprawdę budujące:) CZAJ!

  20. John Smith |

    Hmm… książka, być może interesująca, ale nie można jej kupić…

  21. „Chińskie tao herbaty: Przewodnik praktyczny i kulturalny” Ling Yun – recenzja książki o herbacie | mycupofgreentea |

    […] PS1 Przy przygotowywaniu recenzji korzystałam z analogicznego wpisu na blogu Morze herbaty poświęconego chińskiej herbacie: http://morzeherbaty.pl/2013/12/tao-chinskiej-herbaty-recenzja/ . […]

  22. „Tao chińskiej herbaty: Przewodnik praktyczny i kulturalny” Ling Yun – recenzja książki o herbacie | mycupofgreentea |

    […] PS1 Przy przygotowywaniu recenzji korzystałam z analogicznego wpisu na blogu Morze herbaty poświęconego chińskiej herbacie: http://morzeherbaty.pl/2013/12/tao-chinskiej-herbaty-recenzja/ . […]

  23. jacek polewski |

    chciałbym kupić tą książką, a chyba nakład się wyczerpał … może ktoś coś wie ?

Skomentuj:

(nie będzie publikowany)